Maria Luiza

Są takie osoby, którym powinienem podziękować za każdym razem kiedy sztuka powoduje we mnie pozytywne odczucia. Każda z nich w innym stopniu i w inny sposób weszła w moje życie, każda też miała inny sposób, który sprawił, że ze sztuką mi po drodze.

Pierwsza pokazała mi, co to znaczy malować. I mimo że nie mam na koncie zbyt wielu dzieł, tylko same rozgrzebane płótna, cieszę się i z tego. Te pożyczone sztalugi to była wspaniała sprawa. Dzięki.

Drugi człowiek, przez którego poznałem tego trzeciego, pojawił się w moim życiu zupełnym przypadkiem, ze względu na małe światy, w jakich żyjemy. Poprosił o radę, przez telefon. Minęły dwa lata, o radzie zapomniałem, a człowiek ten zadzwonił znów, stwierdziwszy że bardzo wiele dla niego zrobiłem, po czym przysłał mi najbardziej niesamowity prezent, jaki dostałem.

Z tego prezentu narodziła się moja przygoda z twórczością W. Łysiaka, a to ta trzecia osoba, której zawdzięczam fascynację sztuką. Nasz kontakt jest wyłącznie jednostronny, jestem bowiem jedynie odbiorcą jego dzieł, ale za to jest to kontakt bardzo inspirujący.

W „MW” ten obraz, na który dziś mam chęć, zajmuje miejsce w rozdziale o malarskich fascynacjach blondynkami. Na mnie blondynki nie wpływają do tego stopnia, żeby stanowić jedyny powód obecności tego obrazu w moim Muzeum Wyobraźni. Przyczyny są zgoła inne, ale o tym za moment. Proszę Państwa, oto Maria Luiza O’Murphy.

Francois Boucher, „Odpoczywająca dziewczyna” albo „Portret Marii Luizy O’Murphy”, 1752, 59×73 cm, olej na płótnie

Podobno każdy twórca przelewa na swoje ulubione medium swoje własne obsesje. Jakież piękne obsesje miał Boucher, że udało mu się stworzyć obraz właściwie „grzeczny”, ale jednocześnie tak silnie pornograficzny, że należy mu się głęboki ukłon.

Warsztatowo obraz bardzo ładny. Draperia, od razu uderzająca fakturą jedwabiu, delikatne obicia mebli, dekoracyjne szczegóły u dołu. I kolory. Dzięki takiemu, a nie innemu ich doborowi, od razu przesuwam wzrokiem od jaśniejącej twarzy, po plecach do pośladków, które są wizytówką tego obrazu. Do tego stopnia wymowną, że Diderot powiedział o Boucherze że to „malarz damskich pośladków”, co nie było sprzeczne z rzeczywistością, biorąc pod uwagę jak często musiał kopiować ten obraz na zamówienie bogatych libertynów, dla których co najmniej trzy cechy tego płótna pobudzały zmysły.

Tu dochodzimy do tej pornografii. W mniej lub bardziej oficjalnych definicjach często natkniemy się na stwierdzenie, że pornografią jest każde przedstawienie seksualności, które w odbiorcy wzbudza pożądanie bardziej niż podziw dla nagiego ciała. Cóż może wzbudzać pożądanie bardziej, niż ta poza? Czy gdyby Boucher w swoim idyllicznym stylu namalował młodą madame w pozie takiej, jak Courbet swoje „Pochodzenie świata”, to czy byłoby to dzieło oddziałujące na widza w ten sam sposób? „Pochodzenie świata” to też pornografia, ale atakująca widza w zupełnie odmienny sposób i z innych powodów.

Co więc uderza w „Odpoczywającej dziewczynie”? Pełne spokoju oczekiwanie osoby, która, jak to ujął Łysiak „stała się doświadczoną kobietą zanim przestała być dzieckiem”, a to za sprawą Giacomo Casanovy? A może barwa skóry, połączona z pozą, które powodują, że nie wiadomo, czy to jeszcze przed, czy już po, a może w przerwie? Czy to było obsesją Bouchera? Teraz już nie ważne, ważne że obsesje widza mogą się uwolnić choć na chwilę, błądząc po rokokowym wnętrzu i po scenach, jakie mogły się w nich odbywać. To pornografia pełną gębą, mimo że skryta, niebezpośrednia, ale zawsze najdoskonalsza, bo niedomówieniami malująca obraz, który tworzymy sami nieskończenie idealnym narzędziem – wyobraźnią.

A co jeszcze jest w tym obrazie, co przyciągało do niego jak lep francuskich libertynów? Może to, że madame zapewne nie ma skończonych piętnastu lat. Może to, że mimo tak młodego wieku przewinęła się przez sypialnię legendarnego uwodziciela, króla Francji, nieznanej liczby dworzan i prawdopodobnie samego malarza, sama była zatem libertynką pierwszego sortu. Może to, na co libertyni spod znaku de Sade zwracali taką uwagę, a co obraz eksponuje pięknie. Może to, że to wygięcie pleców to nie poza wymuszona, a wystudiowana. Wreszcie, dopiero, może sam kształt ciała i uroda młodej madame. A może po prostu ta atmosfera prawdziwej, żywej, prywatnej komnaty, w której główną rozrywką jest ta prawdziwie libertyńska.

Jeszcze dwie rzeczy zwracają moją uwagę w tym płótnie. Fryzura, która do podlotka pasuje jak ulał, podkreślając jeszcze bardziej tą „bezgrzeszność zwierzęcia i przekleństwo w ustach trzyletniego dziecka” (znów Łysiak), które biją od tego obrazu. Drugą jest ta rozwalona pościel, która moje obsesje chwyta niemal jak „Stos Sardanpala”, będąc punktem startu do osobnej historii, której nie opowiem.

Comments (0)

› No comments yet.

Dodaj komentarz