A czyjeż to imię…

Nawet zanim pojawiło się moja kawaleryjska pasja, zanim pierwszy raz włożyłem nogę w strzemię i siadłem niepewnie na siodle (i nie myślałem nawet o lancy czy kulbace!), był taki obraz, który do mojego Muzeum Wyobraźni wdarł się przebojem, ze świstem kul i dudnieniem kopyt po hiszpańskiej ziemi. Zorientowany Czytelnik wie już, o przedstawienie jakiego wydarzenia chodzi, a na wyjaśnienie, które to przedstawienie tak mnie porwało, już śpieszę wyjaśnić.

Przedstawienie to to fragment panoramy W. Kossaka, namalowane w 1907 roku. Dlaczego akurat to? O tym za moment. Na razie chwila skupienia na podziwianie obrazu.

W. Kossak, Fragment panoramy "Bitwa pod Somosierrą", olej na płótnie, 1907

W. Kossak, Fragment panoramy „Bitwa pod Somosierrą”, olej na płótnie, 1907

Ale po kolei, dla tych mniej zorientowanych. Maria Konopnicka napisała wiersz, o którym moim zdaniem warto by było uczyć w szkole, w ramach dialogu między poezją a historią. Pozwolę sobie przytoczyć całość, nie jest bowiem długa, za to zawsze porusza w moim sercu pewną gorzko-dumną nutę:

A czyjeż to imię rozlega się sławą,
Kto walczy za Francję z Hiszpanami krwawo?
To konnica polska, sławne szwoleżery
Zdobywają cudem wąwóz Somosierry.

Już francuska jazda cofa się w nieładzie,
Pod śmiertelnym ogniem wał trupów się kładzie.
A wtem Napoleon na Polaków skinął
Skoczył Kozietulski, w czwórki jazdę zwinął.

Na wiarusów czele jak piorun się rzucił,
Wziął pierwszą baterię, ale już nie wrócił.
Skoczył Dziewanowski, jak piorun się rzucił,
Wziął drugą baterię – ale już nie wrócił.
Skoczył Krzyżanowski, jak piorun się rzucił,
Wziął trzecią baterię – ale już nie wrócił.

Jeszcze się została ta bateria czwarta…
Bronią jej Hiszpanie, walka wre zażarta.
Niegolewski młody spiął konia ostrogą,
Może stracę życie, lecz sprzedam je drogo!
Jak wicher się rzucił i jak błyskawica,
A za nim, jak burza, ta polska konnica.

Już biorą armaty, już tną kanoniery,
Już wzięli Polacy wąwóz Somosierry.
Niegolewski ranny, z konika się chyli,
Napoleon z piersi orła mu przyszpili!

I rzecze ściskając rannego junaka:
Nie ma niepodobnej rzeczy dla Polaka!

 Nutę gorzką, bo przyszło nam walczyć i umierać na obcej ziemi, za obcą sprawę, dla Cesarza, którego w dawnej Polsce idealizowano, a który, zaraz po zwycięskiej bitwie, kazał opisać ją jako triumf wojsk francuskich, przypisując dowodzenie szarżą jednemu ze swoich generałów. Nutę gorzką przez piosenkę Jacka Kaczmarskiego, która dobrze oddaje tą gorszą część całej tej i wielu innych historii…

Na szczęście to tylko kropla goryczy przy całej tej dumie, że i im kiedyś i mnie teraz w sercu gra to samo. Te same barwy, ten sam cel, tylko inne czasy i środki. Jasne, wzruszam się bardzo widząc ten obraz i słuchając pieśni, szczególnie tej w wykonaniu Chóru Wojska Polskiego, tej z tekstem Konopnickiej. Ale zawsze jest to wzruszenie maksymalnie pozytywne. Ściska gardło, szkli oczy, a serce drży w ten charakterystyczny sposób, ale to wszystko emocje dobre i czyste. Ach, jakże pięknie byłoby zdobyć chwałę lub wspaniałą śmierć w takim wąwozie, pędząc z szablą na złamanie karku!

Tutaj powoli dochodzimy do tego, czemu akurat ten obraz. Przede wszystkim niezwykła dynamika. Inne przedstawienia bitwy to te nudne obrazy „polityczne”, na których bardziej od atmosfery starcia liczy się widoczność postaci. Po drugie – Kossak był na miejscu, na przełęczy, zanim drogę, wiodącą do Somosierry przebudowano. Widział wąwóz takim, jakim widzieli go szarżujący Szwoleżerowie. Stąd odkręcone koła środkowej armaty – inaczej nie zmieściłyby się działa na tej drodze. Dlatego też to co u Konopnickiej budziło często wątpliwości – „Skoczył Kozietulski, w czwórki jazdę zwinął”. Kawaleria – to szyk trójkowy. Szarża – to szyk rozwinięty (czyli każdy oddział jednym szeregiem). Kozietulski dobrze znał regulaminy, które mówiły, że jeśli nie da się szykiem rozwiniętym, trzeba szeregi zrobić na tyle szerokie, na ile się da. O tym też za chwilę jeszcze słów kilka, chciałem bowiem wrócić do kolejnej rzeczy, która mnie urzeka w tym obrazie, a z tymi odkręconymi kołami się wiąże – realizm historyczny. Dbałość o szczegóły urzeka – widać bez dodatkowych wyjaśnień, że pierwsze dwa konie to konie oficerów – mosiężne kółka pomiędzy naczółkiem i nachrapnikiem to ewidentna oznaka ogłowia oficerskiego. Regulaminowe rękawiczki, temblaki przy szablach, czapki przytroczone specjalnymi sznurkami do mundurów, karabiny przy tylnym łęku siodeł, ba! widać nawet na którą nogę galopuje koń na pierwszym planie, że o odpowiednich do cięcia pozach i emocjach koni nie wspomnę. To wszystko, okraszone tym charakterystycznym, trochę impresjonistycznym stylem (niewygładzonym i wrażeniowym) buduje wspaniałą atmosferę obrazu.

Wróćmy jeszcze chwilę do samej bitwy, bo bez niej na pewno nie byłoby tego wspaniałego dzieła. Proporcje sił? Jeśli nie liczyć francuzów, którzy akurat tym razem wcale się nie wykazali, to około 140 : 8000. Po polsko-francuskiej stronie jeden szwadron liniowy lekkiej kawalerii (125 osób) i kilku ochotników, zarówno polaków jak i garstka jeźdźców francuskich. Długość szarży? 8 kilometrów. Tylko, albo aż, biorąc pod uwagę że wąską drogą, otoczoną kamiennymi murkami zza których hiszpańska piechota ostrzeliwała jadących, nie mogło jechać więcej niż kilku jeźdźców na raz. Ponadto co 2 km na drodze stały hiszpańskie armaty, strzelające kartaczami do jadących, których nie chroniło nic poza szybkością, brawurą i suknianym mundurem.

Szarża nie zatrzymała się nawet na moment. Wszystkie cięcia wykonywano bez żadnego zwalniania tempa, w przelocie. Jeśli jeden nie trafił, kolejny poprawiał. Niech wypowie się A. Niegolewski, który wróciwszy z patrolu dołączył ze swoim oddziałem do szarżujących: „Szwadron dognałem, kiedy już był wpadł do wąwozu i już był zabrał pierwsze piętro armat i pędził dalej bez najmniejszego zatrzymania się i bez porządku wojennego, któren dla cieśniny nawet był niepodobny. Wszyscy pędzili wśród ogromnego ognia kartaczowego z przodu, jak i lewej, i prawej strony wąwozu i samego jego szczytu z ręcznej broni przec piechotę na nas w tę cieninę ciskanego, jeden drugiego przy odgłosie: Vive l’empereur! (niech żyje cesarz) wyprzedzając, by najprędzej na szczyt wąwozu się dostać i na nieprzyjaciela natrzeć”. Po skończonej szarży na szczycie polski oddział kontynuował walkę, przez kolejne 6 kilometrów goniąc uciekające niedobitki, zdobywając z marszu miasteczko Buytrago, biorąc po drodze wielu jeńców i zdobywając mnóstwo sprzętu wojskowego.

Straty? 4 polskich oficerów i 20 szwoleżerów zabitych. 20 rannych ciężko, 30 lekko. Nie ma informacji o zabitych koniach, choć podobno to były największe straty całej operacji. Straty Hiszpanów? Około 300 zabitych i 3000 jeńców. Nie, nie pomyliłem żadnych zer.

A teraz najlepsze. Kilka informacji, które dodadzą nieco smaku już i tak chwalebnej bitwie. Dla szwoleżerów była to pierwsze prawdziwe bojowe starcie. Dalej, „Generał Montbrun, doświadczony kawalerzysta, zorientowawszy się w sytuacji zawrócił do stojącego pół kilometra w tyle cesarza i zameldował, że szarża wprost na armaty jest niemożliwa, w czym poparł go szef sztabu armii, marszałek Berthier, ale zniecierpliwiony Napoleon odpowiedział: „Zostawcie to Polakom!””. Cytując Konopnicką, „Nie ma niepodobnej rzeczy dla Polaka!”.

To jeszcze nie koniec. „Wtem koń, krwią plujący, padł pode mną od strzału działowego. W oka mgnieniu kilku Hiszpanów uciekających nawróciło, a dwóch z karabinów mi do głowy przyłożonych dało ognia. Kule atoli opieką nade mną wszechmocnej opatrzności ograniczyły się na zadaniu mi tylko ran ciężkich. Rzadko komu tak z bliska śmierć zaglądała w oczy…”. Przygniecionego koniem Niegolewskiego dodatkowo pchnięto dziewięc razy bagnetem.Rannego, towarzysze zanieśli pod baterię. „Wkrótce nadjechał cesarz i krzyżem Legi Honorowej mnie zaszczycił. Ja najmłodszy oficer, pierwszym go jako szwoleżer zdobył, a do tego zdobyłem go sobie w dzień moich imienin. Pierwszy to raz było, żem od ojca nie dostał wiązarka (podarunku) na imieniny, ale za to dostałem go z rąk cesarza za krew dla Ojczyzny przelaną”.

Czemu przytaczam ten cytat? „[…] dwóch z karabinów mi do głowy przyłożonych dało ognia. Kule […] ograniczyły się na zadaniu mi tylko ran ciężkich”. Tylko. Dwa strzały w głowę (co prawda nie trafili w czaszkę z powodu czapki), dziewięć ran bagnetowych i przygniecenie koniem. Gdzie ta odporność w ludziach się podziała? I co było najważniejsze w tym momencie? Prezent urodzinowy. Oto szwoleżerska fantazja, odwaga i brawura.

To już prawie koniec. Mógłbym tak jeszcze długo, ale nie o to chodzi. Mnie w duszy gra pęd powietrza w galopie, gra szarża, gra koń towarzysz i szabla wierna, a wy, smutni ludzie, którzy nigdy tego nie poznacie, i tak nie zrozumiecie…

Comments (0)

› No comments yet.

Dodaj komentarz