Wamp- bez -irella

Było trochę klasyki, było dzieło nieznane. Dziś mam ochotę podzielić się z wami gatunkiem, który jako jeden z nielicznych przemawia do mnie we współczesnej sztuce. Znaczy.. rozumiem Picassa, uwielbiam Beksińskiego i wiem skąd się wziął Kandinsky, mimo że nie przemawiają do mnie za bardzo (poza Beksińskim). Z drugiej strony zupełnie obcy jest mi Warhol, nie mówiąc już o innych „twórcach” współczesnych, których nigdy nie zrozumiem.

W tym wszystkim jest jedna działka sztuk wizualnych, którą lubię. Może nie jest tak naładowana przesłaniem i mistycyzmem, jak dzieła dawnych mistrzów, ale doskonale oddaje klimat „końca sztuki”. Mówię oczywiście o grafice vel ilustracji, ale nie tej generowanej za pomocą graficznego tabletu, ale mediów bardziej… tradycyjnych.

Twórcą, o którym piszę, jest Louis Royo. Bardzo znany artysta jeśli chodzi o grafikę fantasy, często z pogranicza erotyki. Znam i cenię go od bardzo dawna, jest jednak taka jego praca, którą lubię szczególnie. Co prawda Royo ma jedną zasadniczą wadę – zbyt idealizuje kobiety, które trafiają na jego prace – ale, jak to pisywał Łysiak, każdy artysta maluje swoje obsesje. Widać on ma właśnie taką.

Ale ale, żeby nie przedłużać. „Wamp- bez -irella”.

luis_royo_vamp_without_irella

Louis Royo – Vamp without irella

Sama konwencja tej grafiki jest zupełnie w moim stylu – cała dynamika jest już zakończona, została statyczna poza i właściwie „zamknięta” opowieść, ale to właśnie jest w niej najlepsze. Możemy – ba! musimy – dopowiedzieć sobie wstęp i rozwinięcie sami. Tutaj hiperaktywna wyobraźnia zdecydowanie ma co robić.

Zniszczona, magazynowa hala, skąpana w świetle pobliskiego tandetnego neonu, na zewnątrz dźwięki miasta nocą, może gdzieś odległe syreny policyjne, może po prostu szum samochodów, chociaż też nie za blisko – nie czuć tu klimatu serca miasta, tylko spokojnego, brudnego i opuszczonego przedmieścia. Doskonałe miejsce na upiorną randkę.

Później szał zmysłów, zakończony prawie agonią spełnienia i prawdziwą agonią przykrej niespodzianki, trochę przypominającej chłodne przebudzenie samca czarnej wdowy. A ona? Ledwie rozgrzana, z rozbudzonym apetytem, może nie tylko na krew. Gotowa rozejrzeć się za kolejną ofiarą. Czy równie demoniczną, zezwierzęconą i straszną, jak poprzednia?

To również aż nazbyt plastyczne przesłanie tej pracy. Bo z wyglądu młoda, ładna dziewczyna. Fakt, pończochy, rękawiczki, majtki opuszczone na ciężkie, heavy-metalowe buty – ale ile znamy takich kobiet, które mimo wszystko są delikatne pod tą maską rocka i upiornego makijażu. Tutaj ten znany dziewczęcy wzorzec, mimo że nie przerysowany w żaden sposób – groteskowy czy nie – emanuje bestią. Prawdziwą bestią pełną żądzy, która takie wielkie cielska, zabójcze dla niejednego twardziela z kina s-f, jak to u jej stóp, pożera pasjami i wciąż jej mało. Przywołuje skojarzenia ze wszystkimi dobrze wykreowanymi postaciami kobiet-wampirów z filmów z klimatem, tak innych niż najbardziej znane „wampirze” filmy – które z drapieżnością nieumarłych córek nocy łączą drapieżność wampów, setki nieumarłych lat doskonalących sztukę wyuzdanej, bezkompromisowej lubieżności. Lubieżności, której pragnienie może zagłuszyć tylko żądza krwi i odczuwania ulatującej wraz ze śmiercią życiowej energii. Wystarczy na nią spojrzeć, żeby pomyśleć, jak to jest, kiedy potężne, umięśnione ciało drży jednocześnie z ekstazy i agonii…

Dość. Dalej iść nie zamierzam, choć wizje różnych szczegółów i scenariuszy splatają się w szalonym korowodzie, który jeży włosy na karku przed moimi oczami. Więcej dopowiedzcie sobie sami.

Ja powiem jeszcze tylko za jakie szczegóły uwielbiam to dzieło. Przede wszystkim za to okno i światło, które buduje ten surrealistyczny klimat. Niby ciepłe, ale ciepłem tandety modelowego neonu, który nieodmiennie kojarzy mi się z wampirami bardziej niż zwyczajowa krwista czerwień pod pelerynami w klasycznych przedstawieniach krwiopijców. Taki róż niby żywy, ale w gruncie rzeczy zimny jak zwłoki topielca, podgrzany chwilowo łapczywie wypitą krwią. Co jeszcze? Ekstatyczna agonia partnera naszej bohaterki. Te dłonie, nienaturalnie wykrzywione niekontrolowanym napięciem mięśni i głowa, odchylona w zapomnieniu, odsłaniająca dokładnie idealne miejsce na wbicie kłów.  I jak zawsze – szczegóły. To że tylko jedna pończocha jest nad kolanem. Za te prześwitujące rękawiczki i glany, które pasują tutaj bezbłędnie. I na koniec ta linia, załamana w ten charakterystyczny sposób pomiędzy górnym końcem miednicy a początkiem uda. Perfekcja.

Comments (0)

› No comments yet.

Dodaj komentarz