Kontekst

Październik, spadł śnieg. Wreszcie, dawno wyczekiwany normalny przebieg spraw, w którym jeszcze nie zdążyło się okrzepnąć w szkolnych zajęciach, a już można było odmrażać nos na sankach. Jednocześnie prawdziwa jesienna plucha, będąca naturalnym tłem dla refleksji i retrospekcji. Będąc w tym właśnie klimacie udało mi się trafić na malarza i obrazy, o których chciałbym dwa słowa opowiedzieć, mimo że szukałem zupełnie innego rodzaju sztuki.

Po pierwsze: o ile niegdyś omijałem jakoś intuicyjnie twórców polskich, szczególnie z czasu zaborów, który to okres historyczny zdołała mi skutecznie obrzydzić szkoła średnia, o tyle powoli wracam w tym kierunku, nadrobiwszy to, co owa szkoła powinna dać mi najpierw: szeroką świadomość kontekstu, z którego wynika np. dlaczego „Słowacki wielkim poetą był”. Idąc własną ścieżką, najpierw ominąłem pewne poletko, chyba tylko dlatego że było za blisko. Było zbyt swojskie, pospolite, opatrzone. Dopiero kiedy samemu odkrywa się cuda lokalnego świata, o których niby wiemy, że tam są, ale nigdy nie mamy czasu na nie popatrzeć, pojawia się zrozumienie, co ktoś chciał nam do głowy wtłoczyć w programie nauczania, stosując jednak zbyt wielki skrót myślowy, trudny do zrozumienia dla człowieka ukształtowanego, a co dopiero dla ucznia.

Czas jednak nadrobić te braki, stłumić całkowicie niechęć irracjonalną, oceniającą artystów po narodowości jako pierwszym, zgrubnym filtrze odsiewającym dużo za dużo interesujących nazwisk czy osobowości. Czas skupić się na kilku aspektach, które obudziły nagłe zainteresowanie pośród dzieł oglądanych w poszukiwaniu zupełnie innych doznań. O kim mowa? O Witoldzie Pruszkowskim. Nie znasz? Do niedawna ja też nie znałem.

Z początku trafiłem na „Nimfy Wodne”. Pierwsze skojarzenie – Bougherough, tylko z bardziej intensywnym światłem. Później zobaczyłem obraz, który znajduje się poniżej. Pominąłem go, poszedłem dalej, by za chwilę zatrzymać się i szybko wrócić. To ten moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że Twojej uwadze umknęło coś subtelnego, ukrytego przed wzrokiem, ale umieszczonego tam z premedytacją, prowokującego, żeby to coś znaleźć i się zatrzymać. Może nie jest to tak subtelny element jak dodatkowa postać w scenie „Zaślubin Arnolfinich” van Eycka, widoczna w lustrze na ścianie, bardziej jak „Rzymskie tancerki” Waterhouse’a, kiedy zna się tytuł i kontekst. Jakie to dzieło? Obrazek poniżej, ale tytuł, pozwólcie, zachowam na później.

Rusalki

Witold Pruszkowski – olej na płótnie, 250×161 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie

Co ciekawe przeszedłem obok tego obrazu w Narodowym dwa razy i zauważyłem tylko słomkowy kapelusz podglądacza, mimo rozmiarów tego płótna.

Cóż jest takiego w tym obrazie? Ot, trzy młode pannice, odpoczywające wieczorem w gęstych zaroślach nad brzegiem strumienia czy jeziora, może już po kąpieli. Wianki, korale, ludowe spódnice, haftowane koszule. Uroda kresowych kobiet z gminu, bose stopy. Ta na pierwszym planie – śpiewająca – siedząca na skarpie, ze stopami zwieszonymi, w domyśle tuż nad wodą. Ta na drugim planie, z zagadkową miną, przygląda się młodzieńcowi w słomkowym kapeluszu, który, pewnie zdając sobie świetnie sprawę z zamiaru kąpieli, przyszedł nacieszyć oczy niecodziennym widokiem. Zdaje się to potwierdzać trzecia panna, schowana w zaroślach, oświetlona lampą, już lub jeszcze bez koszuli, z kurczowo przyciśniętym do tułowia ramieniem, zda się zakrywająca nagie piersi przed niechcianym gościem. Jedyny dysonans tworzy ten trup na samym dole, którego nie zauważyłem podczas bytności w Narodowym, no i może odrobinę to jaskrawe światło między rusałkami, powodujące skojarzenia z baśniową ilustracją.

Tu ważny okazuje się, jak u Waterhouse’a, kontekst. Kontekst, który na pewno przyświecał artyście, obytemu z baśniami ludowymi XIX-wiecznych ziem polskich, a nawet, na co wskazują niektórzy niemainstreamowi autorzy, będącemu aktywnym propagatorem dawnych słowiańskich wierzeń. W tym kontekście trup okazuje się oczywisty, bowiem to nie panny przed kąpielą, ale jak wskazuje tytuł (dodany przez krytyków, bowiem sam Pruszkowski swych dzieł nie nazywał) – rusałki. Mało tego, rusałki polujące na kolejnego młodzieńca.

A ten, zwabiony, mimo wszystko, okazją do podglądnięcia kąpiących się wieśniaczek, trafi na nie lada festiwal zmysłów, którego przebiegu możemy jedynie się domyślać. Bo że rusałki wodzą młodzieńców na zatracenie, to kultura ludowa mówi. Co zostało w sferze niedopowiedzeń, to fakt, kiedy to zatracenie następuje. Myślę że pokolenia mężczyzn bez dostępu do pornografii i prostytutek były tutaj wyjątkowo zgodne co do momentu, różniły się zapewne jedynie szczegółami przebiegu takiego zakończenia życia. Chyba właśnie to spowodowało, że w przedstawieniach rusałek różnych autorów są one zawsze młode i piękne, przynajmniej do momentu pozbawienia ofiary sił witalnych.

W samych rusałkach Pruszkowskiego też coś jest. Dla mnie jest to ten chłód, nie tylko w oczach śpiewającej, ale w gestach i mimice. Nie ma oburzenia niechcianym gościem, nie ma też wstydliwych uśmiechów. Nawet ta półnaga w zaroślach zdaje się przyglądać wyczekująco, znając doskonale scenariusz. I może młodzieniec przez chwilę zastanowi się, czemu te panny nic nie mówią ani się nie rumienią, kiedy patrząc bez wstydu w oczy będą go rozbierać, ale będzie już zdecydowanie za późno…

***

Koniec poprzedniego akapitu byłby może dobrym zakończeniem tej opowieści, gdyby nie kilka innych rzeczy, które przy okazji padły, a może wymagają krótkiego wyjaśnienia. Zacznę od cytatu z Łysiaka, który pewnie będzie się przewijał przez moje teksty z nużącą częstością, jednak myślę że doskonale oddaje przyczyny doboru konkretnych malarskich tematów. Chodzi o to, że „każdy malarz (artysta) w swojej twórczości daje upust swoim obsesjom”. Myślę że można się zgodzić, patrząc na „nieoficjalną” biografię Pruszkowskiego, że jego małą obsesją było pogaństwo słowiańskie, które widać szczególnie na obrazie poniżej.

PL6

Witold Pruszkowski – „Przekazanie korony Piastowi” lub „Aniołowie u Piasta” – olej na płótnie, Muzeum Narodowe w Warszawie

Zaduszki

Witold Pruszkowski – „Zaduszki”, olej na płótnie, 105×63 cm, 1888, Muzeum Narodowe w Warszawie, część tryptyku o tej samej nazwie

Zwracam uwagę na drugi tytuł. To również wymysł znawców i krytyków. Ja widzę tutaj leszych, duchy opiekuńcze, bardziej pasujące do wojów i druidów, niż jakiekolwiek anioły. Znów kontekst, ale o tym nie piszą krytycy, uważający że rodzimowierstwo to XX-wieczny wymysł znudzonych nastolatków albo socjalistycznych panslawistów.

Cóż jeszcze chciałbym dodać? Będąc wciąż przy Pruszkowskim, inny obraz spod jego pędzla, który zrobił na mnie nie lada wrażenie – „Zaduszki”. Dlaczego? Na miniaturce wyglądał na normalny obrazek z Dnia Zadusznego, może trochę ciemny. Oglądając pełne rozmiary staje się oczywiste, że to nie przestraszona dziewczyna, która przyszła ze zniczem, ale dusza, może przestraszona bardziej niż widz, że dała przyłapać się w tej widocznej formie, Podoba mi się ta przewrotność, kiedy zjawisko nadprzyrodzone patrzy na nas z ludzkim strachem i zaskoczeniem. W dodatku realność znicza, skontrastowana z tłem i „niedokończeniem” postaci dodaje tej scenie fantastycznego wymiaru. To samo, choć dużo bardziej subtelne, znajdziemy w „Zmierzchu” tego samego autora. Tam postać Zmierzchnicy, również nadprzyrodzonego stworzenia, uchwyconego w tańcu, łatwo pomylić ze złamanym pniem drzewa, wyłaniającego się z wody. A może to już tylko moja wyobraźnia?

Zmierzch_1

Witold Pruszkowski – „Zmierzch”, 40×20 cm, własność prywatna

 

Comments (0)

› No comments yet.

Dodaj komentarz